Przejdź do treści

Afirmacja piąta

Piąty krok do jeszcze lepszej wersji siebie

 

Myśleć o sobie – to nie brzmi dobrze. Od dziecka nas uczą, że dobry człowiek troszczy się o innych. Jest skromny, gotowy do poświęceń, nie pcha się do pierwszego rzędu, tylko siedzi i czeka, aż go zaproszą. W końcu zapomina o sobie, przestaje być ważny nawet dla siebie.

 

Piszesz:

„NIGDY, PRZENIGDY nie podcinaj skrzydeł własnym dzieciom. Lepiej niech spróbują i żałują, niż mieliby żałować, że nie spróbowali. 

Moja porażka polega na tym, że nie potrafiłam zawalczyć o swoje marzenia. Kocham śpiewać, już jako dziecko prosiłam rodziców, żeby pozwolili mi pójść do szkoły muzycznej. Rodzice nie chcieli o tym słyszeć, po pierwsze – finanse, a po drugie bali się, że nie dam rady ogarnąć dwóch szkół naraz. W tamtym czasie chorowałam na dziecięcą padaczkę skroniową. Po maturze chciałam zdawać do Studium Wokalno-Aktorskiego w Teatrze Muzycznym w Gdyni. Rodzice znów „podcięli mi skrzydła” mówiąc że to mi „chleba nie da”. A ja, choć byłam dorosła, nie miałam siły postawić na swoim i pójść za marzeniami. Walczyłam z nerwica lękową, z depresją. Ułożyłam swoje życie inaczej, jest fajnie, lubię swoją pracę, mam dwójkę fajnych dzieci i kochanego męża, który mnie czasem okropnie wkurza. Żyję jednak z ciężarem niespełnionego marzenia na plecach. Jeśli ktoś ma niespełnione marzenie, doskonale wie, jakie to ciężkie. Idę do teatru, kina, oglądam filmy, festiwale i za każdym razem mówię sobie, że to właśnie JA mogłabym być na ich miejscu. gdybym miała siłę zawalczyć, sprzeciwić się. Ale niestety nie miałam jej. To uważam za swoją największą porażkę. Nadal czuje ze kiedyś przyjdzie „mój” czas, bo przecież marzenia trzeba mieć, nawet jeśli są one utopią.  Niech no tylko moje dzieci podrosną. Czego mnie nauczyła ta porażka: NIGDY, PRZENIGDY nie podcinaj skrzydeł własnym dzieciom. Lepiej niech spróbują i żałują niż mieliby żałować, że nie spróbowali.” 

 

Piszesz:

„Mijały lata, przeszłam przez bulimię, anoreksję, kiedyś myślałam by zniknąć. Jakby nie moi przyjaciele pewnie by mnie tu nie było.

I co mi to wszystko dało? Myślę, że siłę i miłość do dobrych ludzi.

Kiedy byłam młodsza, wściekałam się na Boga, że nie mam fajnej rodziny, tata bije mamę, a ona mu wybacza po kilku dniach. Zawsze o całe zło w domu to ja byłam obwiniana.  Za to, że brat zgubił klucze do domu, musiałam spać na podwórku. Gdy okazało się, że jest homoseksualistą, ja byłam winna, bo „powinnam go zabrać do lekarza”.  Jak drugi brat powiedział, że chce się zabić, to też powiedziano mi, że to przeze mnie, bo mało z nim gadam. A kiedy tata z całej siły bił mojego brata kluczem francuskim, bo uszkodził mu śrubę przy maszynie, to jako jedyna miałam odwagę zadzwonić po policję, choć potem przez rok miałam przechlapane... A mama tacie wybaczyła na drugi dzień i tylko powtarzała, że rodziców trzeba szanować, nieważne, jacy są... Choć codziennie w nocy biegłam do bronić jej przed tatą, żeby jej nie skrzywdził.  Nikt nie widział, że to ja musiałam być zawsze silna.

Boli to wszystko mocno… jakby się wydarzyło wczoraj. Mijały lata, przeszłam przez bulimię, anoreksję, kiedyś myślałam by zniknąć. Jakby nie moi przyjaciele pewnie by mnie tu nie było.

I co mi to wszystko dało? Myślę, że siłę i miłość do dobrych ludzi. Wdzięczność za to, co mam. Potrafię się cieszyć powietrzem w trakcie biegu. Dziś mieszkam sama, daleko od rodziców. 

I co czuję?... Wolność, ulgę, że mogę oddychać bez strachu i zasypiać bez bólu brzucha. Będzie dobrze, a nawet już jest. W końcu zgodnie z Twoimi wskazówkami codziennie mówię sobie: to będzie dobry dzień.”

 

Piszesz:

„Wielu kobietom już pomogłeś. Podziwiam Cię. I te kobiety. Macie siłę do walki o siebie.

Dobiegam trzydziestki, zdobyłam tytuł magistra, nie mam pracy, za to urodziłam dwie wspaniałe córki. Mąż pracuje od rana do nocy, żeby nas utrzymać. Ma własną firmę, rozwija ją, jeździ na szkolenia i kursy. A ja? Siedzę w domu. Od września czytam jedną książkę, bo nie mam czasu usiąść i jej otworzyć. Mam sporą nadwagę i mega dola. No bo co ja osiągnęłam? Urodziłam dzieci i? I tyle. Boję się nowych kontaktów, boję się nowości, nie mam czasu na samorealizację. Chodzę zmęczona i zdołowana. Mam nadzieję, że o to Ci chodziło – napisać, co robimy, by zdobyć poczucie bezpieczeństwa... U mnie jakoś to nie działa.”

Afirmacja piąta

Zwłaszcza dziewczynkom się to ciągle powtarza: bądź grzeczna, w żadnym wypadku nie pchaj się do przodu, czekaj, aż cię poproszą. Nie wychylaj się, nie mów tak dużo, nie bądź za głośno. To się na szczęście zmienia. Ale jak dla mnie za wolno, za późno. Z waszych listów, maili, postów krzyczy brak akceptacji dla siebie. Tak wiele z was nie potrafi dostrzec w sobie nic dobrego, nic wartościowego, co mogłoby zachwycić świat. Siedzicie w tych kątach, grzeczniutko, cichutko, milutko i łzy wam lecą z poczucia bezradności, strachu przed wychyleniem się, zaistnieniem, zaznaczeniem swojego zdania. Bo jak to tak? Stanąć, spojrzeć prosto w oczy i powiedzieć, co się myśli? Czuje? Co jest ważne? No kto jak kto, ale ja mogę wam powiedzieć, jak to jest stanąć przed całym światem i powiedzieć coś niepopularnego. Dajmy na to: jestem gejem. Dla tych, którzy nie wiedzą: gej to jeszcze gorzej niż pyskata dziewczynka. I wiecie co? Nigdy nie byłem szczęśliwszy niż następnego dnia po moim coming oucie. Wstałem wolny, pierwszy raz bez lęku, że ktoś pozna moją tajemnicę, lekki, uzgodniony ze swoim wnętrzem i SZCZĘŚLIWY! Czy ktoś się ode mnie odwrócił dlatego, że poznał prawdę o mnie? Może jedna, może dwie osoby. Ale ja pamiętam dziesiątki tysiący dobrych słów, pełnych zrozumienia, miłości, wsparcia. Jeśli to, co chcesz powiedzieć, jest ważne, tak ważne, że wpływa na całe twoje życie, nie możesz milczeć. Nawet za cenę krytyki. Komuś może się to nie spodobać. Ale ile osób zachwyci twoja odwaga? Ilu dasz przykład? Nadzieję?!...



Ćwiczenie piąte:

stań przed lustrem i powiedz, za co się podziwiasz. Szukaj tak długo, aż znajdziesz powód.

 

Poprzedni
Następny

Zostaw komentarz